Preindukcja, czyli poród na raty

Czas na drugą część naszych szpitalnych przygód. Kto nie czytał pierwszej części historii zapraszam do zapoznania się z nią >TUTAJ<. Skończyłam na chwili, gdy podjęto decyzję o wywołaniu porodu i właśnie o tym tu opowiem.

Preindukcja
Na konkrety musiałam czekać do następnego dnia. Nie miałam pojęcia kiedy będą mi wywoływać poród, ani na czym dokładnie to polega. Trochę czytałam o tym w internecie, jednak te informacje w żaden sposób nie przygotowały mnie, na to, co mnie czekało.
Nazajutrz zaproszono mnie na badanie na najmniej wygodnym fotelu świata, aby sprawdzić stan mojej szyjki (w dodatku pan ordynator fundował pacjentkom najbardziej bolesne badanie ginekologiczne w życiu, wszystkie byłyśmy na ten temat zgodne). Niestety, okazało się, że jest długa, twarda i zupełnie nie gotowa do porodu. Trzeba było więc ją przygotować. Powiedzieli, że założą mi cewnik i odesłali na sale, gdzie miałam czekać, aż ktoś mnie wezwie. Słowo "cewnik" nie kojarzyło mi się dobrze i trochę mnie przestraszyło, wcześniej spotkałam się tylko z określeniem "balonik", które wydawało mi się o wiele bardziej przyjazne.

Czym jest sama preindukcja? "(...)to farmakologiczne lub mechaniczne działanie, mające na celu przyspieszenie zmiękczania, dojrzewania szyjki macicy. (...) Do preindukcji coraz częściej w Polsce stosuje się także dość popularny na Zachodzie cewnik Foleya (zwyczajowo stosowany do udrożniania pęcherza, przypomina rurkę zakończoną balonikiem). Warunkiem koniecznym do zastosowania tej metody podczas porodu jest rozwarcie kanału szyjki co najmniej na grubość cewnika (najlepiej ok. 1 cm.) Wypełniony solą fizjologiczną balonik pozwala mechanicznie rozwierać szyjkę, zarazem zachęcając organizm do uwolnienia naturalnych prostaglandyn." (www.mjakmama24.pl)

Wracając do opowieści, chwilę potem wezwano mnie znowu do zabiegowego. Udałam się tam razem z sąsiadką z mojej sali, którą też czekało założenie cewnika (tylko w jej przypadku było już 7 dni po terminie). Poszłam pierwsza. Najpierw doktor uprzejmie wyjaśniła mi na czym to wszystko będzie polegać. Dowiedziałam się, że jest niewielka szansa na to, że sam 'balonik' zacznie akcję porodową, zazwyczaj wyciąga się go dopiero następnego dnia i wtedy przechodzi już do właściwej indukcji. Podpisałam wszystkie zgody i oświadczenia i zapytałam czy będzie bolało (serio, to było jedno z moich ważniejszych zmartwień w tamtym momencie). Odpowiedź, że nie bardziej niż badanie ginekologiczne była bardzo satysfakcjonująca. I faktycznie, najmniej przyjemne było samo włożenie wziernika, a 'montowaniu' cewnika towarzyszyło jedynie uczucie podobne do tego w czasie miesiączki. 
Cewnik założono mi koło 9, a potem podłączyli mnie pod KTG. Po jakiś dwóch godzinach zaczęłam czuć narastający ból, który pojawiał się i po jakimś czasie ustępował. Z początku przypominał bardzo bolesny okres, a później ból dokuczał w okolicy krzyża i pojawiły się pierwsze, nieregularne skurcze. Koleżanka z sali miała podobne objawy. Przez kolejną godzinę obie chodziłyśmy w kółko, aby skurcze były mniej bolesne. Z biegiem czasu moje nasilały się, a sąsiadki zmalały. Zaczęły występować w regularnych i coraz krótszych odstępach czasu, a ból wydawał mi się już wtedy trudny do zniesienia (och, ja naiwna, głupia i tak cudownie nieświadoma). Zgłosiłam to pielęgniarkom, a one przekazały odpowiednią informację lekarzowi. Podpięli mnie znów pod KTG, na którym już pisały się skurcze. Około godziny 14 pani doktor zaprosiła mnie ponownie do gabinetu zabiegowego, posadziła na fotelu i zbadała. I tutaj, ku zdziwieniu wszystkich wokół okazało się, że cewnik mi wypadł. To oznaczało, że spełnił swoją funkcję, zrobił już tyle rozwarcia ile mógł (podobno na luźne 3 palce), szyjka była już miękka, skrócona, skurcze regularne.

"-Zaczyna pani rodzić."
Te słowa z szerokim uśmiechem przekazała mi pani doktor. Usunęła mi cewnik, wielokrotnie powtarzając, że coś takiego to niecodzienny widok i jak to bardzo rzadko zdarza się, by już sama preindukcja rozpoczęła akcję porodową. I to w przeciągu zaledwie 5 godzin! Z gabinetu wyszłam w całkowitym szoku i natychmiast napisałam do mojego K., że podobno zaczynam już rodzić i żeby przyjeżdżał. Zanim to zrobił dotarła jego mama, towarzyszyć mi, abym sama nie była. Po wyjęciu cewnika skurcze się chwilowo wyciszyły, aby po chwili znowu zacząć się rozkręcać. Trwało to kolejne 2 godziny, a ja dzielnie mierzyłam sobie skurcze za pomocą aplikacji Pora na Bobasa. Około 16 wykonano mi kolejne badanie ginekologiczne i podjęto decyzję o zabraniu mnie na porodówkę.
Tam ponownie podłączono mnie pod zapis KTG i wykonano badanie. "-3 palce, ale widzę że to potrwa jeszcze przynajmniej kilka godzin" Zawyrokowała położna o niezbyt miłym usposobieniu (i moim zdaniem nawet wyglądała strasznie i mało przyjaźnie). K. dowiadując się, że czekają nas długie godziny dalszego czekania pojechał jeszcze na chwilę do pracy i zostawił mnie pod opieką swojej mamy.
Około godziny 18 skurcze zaczęły się wyciszać...

Poród odwołany.
Ku mojej rozpaczy wyciszające się skurcze ustąpiły zupełnie. Większość czasu leżałam pod zapisem, który to potwierdzał, czasem pozwalali mi pochodzić i się poruszać, z nadzieją że to znowu rozkręci akcję porodową. Cała moja rodzina czekała w panice na rozwój sytuacji i następne informacje, a także moja przyjaciółka, która postanowiła tego dnia mnie odwiedzić, a dowiedziała się, że zabrali mnie już na porodówkę. Tymczasem poród się zatrzymał, a czas dłużył mi się niemiłosiernie. Jeszcze-nie-teściowa zabawiała mnie rozmową i opowieściami, jednak ja czułam się jakby ktoś mi zabrał lizaka. Byłam zła i rozczarowana. Tyle godzin bólu, skurczy, alarm wszczęty, a tu dupa, za przeproszeniem. Co jakiś czas zaglądała położna sprawdzić czy coś się ruszyło czy nie, a około godziny 21 przyszedł do mnie lekarz z nocnego dyżuru. Ocenił, że rozwarcie mam, szyjka jest gotowa do porodu, ale skoro nie ma skurczy już od prawie trzech godzin, to trzeba mnie odwieźć na patologię ciąży. Stwierdził, że nie ma sensu wywoływać porodu na nocnej zmianie, lepiej poczekać do jutra, aż przyjdzie ordynator i podejmie decyzje, tym bardziej, że jestem jeszcze przed terminem. Wyraźnie też było widać, że temu lekarzowi się po prostu nie chciało 'bawić w takie rzeczy' w nocy. Moja przyszła teściowa została wyproszona, a ja dostałam informację, że na oddziale wszystkie łóżka są już zajęte, więc muszę zostać na porodówce na noc... Wyobrażacie sobie spać na tym fotelu?! Masakra. Już od leżenia na nim wszystko mnie bolało.
Dostałam późnią kolację (od śniadania nic nie jadłam), zalecenie by następnego dnia być na czczo i ponownie podłączono mi zapis KTG. A ja poinformowałam rodzinę o zmianie terminu porodu, bo córa mi w połowie zdanie zmieniła.
Pod zapisem leżałam mniej więcej do północy. Próbowałam czytać, jednak od leżenia w tej samej pozycji wszystko już mnie tak bolało, że zbierały mi się łzy w oczach. Marzyłam, by ktoś odłączył ode mnie to cholerstwo i dał mi pójść spać. Byłam wściekła i rozczarowana. Miałam poczucie straconego czasu i że te wszystkie bolesne godziny skurczy poszły na marne. Co więcej wiedziałam, że jutro czeka mnie to wszystko od początku, a w dodatku będzie już tylko gorzej. Zaczęło mi się klarować mgliste wciąż pojęcie, czego mogę się spodziewać. Pojawił się też strach. Już wtedy bolało, co więc będzie jutro?!
Około północy zwolniło się łóżko na patologii ciąży i tam mnie odesłano. Szybki prysznic, łóżko i świadomość tego, co ma się jutro wydarzyć...

Z racji tego, że trochę się rozpisałam, a także ze względu na to, że miałam poród w odcinkach, podzielony na dwa dni, postanowiłam rozdzielić to na dwa wpisy. Tym sposobem o właściwym porodzie dowiecie się dopiero w trzeciej części.

Wyrok: SZPITAL

W końcu zebrałam się by opisać wszystko to, co się działo kiedy mnie nie było. Aby opowieść była kompletna zacznę od samego początku: od pójścia do szpitala.

Skierowanie do szpitala
W 38tc poszłam na ostatnie kontrolne USG, następnego dnia miałam mieć wizytę u mojej doktor prowadzącej. Żeby było zabawniej, to mój lekarz nie chciał mi dać skierowania na to badanie USG. Musiałam ją ubłagać wręcz na poprzedniej wizycie, ponieważ przy poprzednim badaniu zwrócono uwagę, że moja córcia jest mniejsza niż powinna. Bardzo więc mi zależało, by sprawdzić czy dalej dobrze się rozwijała. Dostałam więc to skierowanie. Co więcej, poprzednią wizytę u lekarza miałam ponad... miesiąc wcześniej! Moja pani doktor miała dość... 'olewcze' podejście do sprawy- sama musiałam się upominać o każde badanie, czy o sprawdzenie czegokolwiek. A częściowo i tak byłam zbywana.
Wracając do tego kontrolnego USG. W trakcie badania już zaniepokoiła mnie długa wymowna cisza i nietęga mina lekarza. Zapytano mnie czy na pewno jestem w 38tc, poproszono o kartę ciąży by to sprawdzić (bo przecież ja na pewno zmyślam). Potem usłyszałam pytanie: 
-"Dlaczego dostała pani skierowanie na to badanie?" 
(Hmm... bo się doprosiłam i chciałam sprawdzić czy z moim dzieckiem wszystko dobrze?! ) - "Żeby sprawdzić czy dziecko się dobrze rozwija"
(Długa wymowna cisza) - "Nie rozwija się"
Ja zamarłam całkowicie przerażona. Z oczu natychmiast popłynęły mi łzy, a nawet teraz, gdy o tym dla was piszę przecieram zaszklone oczy. Zabrzmiało to strasznie. Jakby nie mogli chociaż powiedzieć czegoś takiego matce odrobinę delikatniej... Zaczęłam dopytywać co się dokładnie dzieje. W odpowiedzi usłyszałam, że córcia przestała rosnąć kilka tygodni temu, ponadto stwierdzają małowodzie i mam się zgłosić na Izbę Przyjęć na Patologię Ciąży i będą mi wywoływać poród. Byłam całkowicie przerażona. Z płaczem zadzwoniłam do mojego K. i do rodziców i wszyscy stanęli w gotowości bojowej. Na szczęście torby do szpitala miałam już spakowane, brakowało tylko kilku rzeczy. Część dokupiliśmy jeszcze w pośpiechu tego samego dnia, resztę chłopak dowoził mi potem.
Zgłosiliśmy się na IP. Z racji tego, że był już wieczór długo nie musieliśmy czekać. Zrobiono mi KTG i ochrzaniono, że jak to możliwe, że to tej pory nie miałam robionego badania GBS (kojarzycie jak skarżyłam się, że moja doktor jest głucha na wszelkie prośby o skierowanie na to badanie?) i wykonano mi je na miejscu. Wzięli wszystkie badania, dokumenty, zrobili badania krwi i moczu, pokazali mi moje łóżko i kazali czekać do rana... To była długa i bezsenna noc. 

Tydzień czekania
Doczekałam się porannego obchodu następnego dnia. Ordynator zasądził, że na decyzję o tym co dalej mam czekać tydzień. Cały, długi tydzień. Przez ten tydzień miałam mieć trzy razy dziennie wykonywane badanie KTG, by na bieżąco monitorować stan dziecka, a po upływie siedmiu dni miałam mieć powtórzone badanie USG. Oczywiście strasznie się wkurzałam, że muszę tyle czasu czekać, jednak wiem że było to konieczne by móc sprawdzić, czy córcia rośnie. Na szczęście jej waga wskazywała już 2,600kg, co balansuje na granicy normy i hipotrofii, jednak nie była taka zła. 
Pewnego dnia na obchodzie zupełnie inny lekarz zaglądając w moją kartę stwierdził, że mam się nie martwić, bo dziecko się rozwija, tylko jest mniejsze. A, że i ja za duża nie jestem, to trzeba być dobrej myśli.
Po kilku dniach postanowiono sprawdzić stan moich wód i przepływy. Na szczęście tutaj wszystko wyszło dobrze. Okazało się, że małowodzia nie mam, ilość płynu owodniowego jest w normie, wszystkie przepływy w normie. Pozostało już tylko czekać na decydujące USG. Jeśli córcia by się chociaż trochę powiększyła przez ten tydzień, mogłabym wrócić do domu.

Czarne myśli i dłużący się czas
To był długi i trudny tydzień. Dziewczyny z mojej sali zmieniały się co chwila. Jedne szły rodzić, inne wracały do domu. A ja dalej czekałam. Tęskniłam za domem i za moim K. Wpadał kiedy tylko mógł, prawie codziennie. Jednak zazwyczaj po 20-40 minutach musiał już iść, bo odwiedzał mnie między pracą. Czułam się sama i smutna. Najgorzej było wieczorami. Wtedy właśnie nawiedzały mnie różne czarne myśli.
Przede wszystkim miałam dosyć tego szpitala. Marzyłam o własnym łóżku, laptopie, telewizorze, o wyjściu do sklepu, o tym, żeby mieć jakiekolwiek zajęcie. Brakowało mi K., osobne wieczory i noce były bardzo dołujące. Dobrze, że potem intensywnie wzięłam się za czytanie książki, to mi pozwalało chociaż na trochę skierować myśli na inny tor.
Bałam się. Nie samego porodu, który zbliżał się coraz większymi krokami. Strach przed samym porodem przerabiałam jakiś miesiąc wcześniej, obecnie bardziej przerażało mnie to co będzie potem. Jeśli chodzi o poród, wiedziałam że ma boleć, jednak nie byłam sobie w stanie tego w żaden sposób wyobrazić czy uzmysłowić. Po prostu nie wiedziałam czego się spodziewać (i całe szczęście). Za to bałam się, że nie poradzę sobie z dzieckiem. Że nie będę wiedziała co robić, że nie dam rady. Czułam, że nic zupełnie nie wiem. Nie wiem jak podnieść taką kruszynkę, jak się nią zająć, kiedy karmić i przewijać i jak to robić. Ale przede wszystkim obleciał mnie strach przed zmianą, jaką oznaczało pojawienie się dziecka. Nie wyobrażałam sobie, że nie będziemy już tylko we dwójkę, tylko że pojawi się ktoś jeszcze. Kto będzie zabierał nam czas i energię. Bałam się, że nie będziemy mieli już chwili dla siebie, bo cały nasz czas będzie absorbowało dziecko. Nagle znowu poczułam, że nie jestem gotowa.
W wolnych chwilach czytałam trochę o IUGR, czyli o wewnątrzmacicznym zahamowaniu wzrostu płodu. Szukałam możliwych przyczyn i wciąż się obwiniałam. Nie mogłam znieść myśli, że to może być moja wina. Może nieodpowiednio się odżywiałam, za mało o siebie dbałam... Co prawda nie piłam, nie paliłam papierosów, brałam witaminy, codziennie łykałam żelazo na anemię, starałam się dbać o urozmaiconą dietę, jeść owoce i warzywa i nie przemęczać się. Jednak nie mogłam opędzić się od myśli, że to i tak moja wina, że coś zrobiłam źle...

Decydujące USG
Nadszedł sądny dzień. Całą noc nie spałam z nerwów i od rana nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca. W końcu wezwano mnie na badanie. Na miękkich nogach weszłam do zabiegowego. I znowu.
Pani doktor milczała i marszczyła brwi. Czas dłużył się nie miłosiernie. Nie wytrzymałam i zaczęłam pytać czy coś się zmieniło, czy mała urosła i czy wszystko jest dobrze. Nie urosła.
Lekarz bardzo starała się zawyżyć wszystkie jej wymiary, ale jak sama powiedziała, nie bardzo miała z czego. Biometryczny wiek ciąży określono na 35 tydzień, a był już 39. 
Usłyszałam, że jest szansa, że mam jałowe łożysko. I że trzeba córcię wyciągnąć, bo w moim brzuszku nie ma już dla niej odpowiednich warunków do rozwoju. Na szczęście ciąża była już donoszona, a szacowana masa dziecka oscylowała przy dolnej granicy normy, ale mimo wszystko normy. 
Ja znowu płakałam. Cały tydzień żyłam nadzieją, że wszystko jest z nią dobrze, że wrócę w końcu do domu i że mamy jeszcze chwilę czasu. Okazało się, że zostaje w szpitalu, a moja córeczka faktycznie przestała rosnąć. Powiedzieli, że nie ma już na co czekać - trzeba będzie wywoływać poród.


Uff, udało mi się przebrnąć przez pierwszą część tej historii. Było to o wiele trudniejsze niż myślałam, obok mnie leży sterta zasmarkanych chusteczek, ponieważ pisząc dla was nie mogłam powstrzymać łez. Myśl o tym, co tam czułam i co przeżywałam... cieszę się, że to już za mną. Patrzę teraz na moją śpiącą Julcię i nawet nie chcę myśleć o tym, że mogłoby jej się cokolwiek stać. Na szczęście, jak już wiecie wszystko skończyło się dobrze, a już niebawem ukaże się następna część tej historii, czyli PORÓD. 

Zapraszam na >>CZĘŚĆ DRUGĄ<<

Witamy Julię :)

Jak już pewnie większość wie, wczoraj, tj 16.03.2017r o godzinie 16.13 przyszło na świat największe szczęście mamusi i tatusia <3
Nasza córeczka ma na imię Julia. Wcześniej z imieniem byliśmy dość tajemniczy bo w sumie jeszcze do wczoraj nie mieliśmy pewności na 100%.
Ale malutka (54cm i 2880g) jest już z nami. Wszystko z nią w porządku, jest zdrowa i śliczna. Było ciężko, ale się udało. Ja czuję się, o dziwo, bardzo dobrze, siły mi wracają, więc myślę że szybko dojdę do siebie. Julcia jest aniołkiem, mało płacze, daje mamie odpoczywać i spać, pod warunkiem że może się przytulać. Z karmieniem były troszkę problemy, ale idzie nam coraz lepiej, córcia świetnie sobie radzi.
Wczoraj jeszcze nie bardzo to do mnie docierało, ale dziś jestem już bez pamięci zakochana i się napatrzeć na kruszynkę nie mogę :)

Za parę dni jak wrócimy do domu ze szpitala i zasiądę do komputera wszystko wam opowiem. Czekajcie cierpliwie na relacje :)

KONKURS "Krówka" z Canpol Babies!!!

Jak wiecie jestem w szpitalu, więc w razie jakby coś dziwnie wyglądało w tym wpisie to uprzedzam, że piszę do was i wstawiam wszystko z telefonu, jak będę miała możliwość to wszystko poprawię :*

Jak już zapowiadałam na FB, mam dla was konkurs wraz z marką Canpol Babies. Do wygrania są aż dwa zestawy "krówka" w skład których wchodzi: kubek niekapek, plastikowa miseczka i sztućce.

Co trzeba zrobić żeby wygrać?
Zadanie dotyczy... jedzenia ;) Należy w dowolny sposób podzielić się tym, jak wyglądała nauka samodzielnego jedzenia lub rozszerzanie diety u waszej pociechy. Może to być opis jakieś zabawnej historii czy sytuacji, rymowanki, zdjęcie, kolaż, co tylko wam przyjdzie do głowy. Liczę na waszą kreatywność i ona będzie głównym kryterium przy wyborze zwycięzców.

Konkurs trwa od dziś, 09.03 do 20.03 

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga http://mamakarolina.blogspot.com a sponsorem jest Canpol Babies
2. Konkurs trwa od dnia 09.03 do 20.03.2017
3. Nagrodą w konkursie są dwa zestawy "Krówka" składające się z: kubka niekapka, sztućców i plastikowej miseczki.
4. Każdy zestaw trafi do jednego z dwóch zwycięzców.
5. Zwycięzców wybiera organizator konkursu według najciekawszej pracy. Oceniania jest przede wszystkim pomysłowość i kreatywność.
6. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 5 dni od zakończenia konkursu i umieszczone będą zarówno na blogu jak i Facebooku.
7. Zwycięzcy mają obowiązek zgłosić się do organizatora w ciągu 3 dni w celu podania danych adresowych do wysyłki, w innym wypadku zostanie wybrany nowy zwycięzca  (na adres mailowy Karolina.kos66@gmail.com lub w wiadomości prywatnej do MamaKarolina)
8. Konkurs odbywa się zarówno na blogu jak i na Facebooku, jednak nie jest w żaden sposób sponsorowany ani popierany przez serwis Facebook.
9. Wysyłką nagród zajmuje się sponsor konkursu i odbywa się ona na jego koszt jedynie na terenie kraju
10. Jedna osoba może zgłosić tylko jedną pracę konkursową
11. Praca nie może brać udziału w innym konkursie
12. Wysłanie zgłoszenia jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i zgodą na publikację nadesłanej pracy.

Zapraszam i zachęcam do wzięcia udziału, nagroda jest na prawdę fajna. Pracę konkursową należy zgłosić w komentarzu na blogu pod tym postem (proszę o podpis lub adres mailowy jeśli piszemy z konta anonimowego), na maila Karolina.kos66@gmail.com lub pod postem konkursowym na Facebooku.

Dodatkowo miło mi będzie jeśli:
-polubisz MamaKarolina na Facebooku
-polubisz Canpol Babies
-polubisz i udostępnisz plakat konkursowy
-zaprosisz znajomych do zabawy
Nie są to jednak warunki uczestnictwa, a w konkursie mogą brać udział osoby nie posiadające konta na FB.

Życzę wam powodzenia i dobrej zabawy :)



WYNIKI :

MamaMagda.pl
Dagmara Kabot

Nagrodzone prace:
1.
Na śniadanko dziś parówki,
Lecz brakuje nam zestawu krówki !
Na 'dorosłym talerzyku',
nam parówka 'fiku miku'!
I wnet chlebek też ucieka,
To już prawie dyskoteka!
Niunio minki swoje stroi,
Choć przy stole nie przystoi,
Ten wygłupia się! Szaleniec !
Taki jest ten mój młodzieniec :)
Wazne jest, że najedzony,
Choć jest cały ubrudzony,
I uważać bardzo muszę,
Bo z w widelcem to katusze...
I jest konkurs dzisiaj patrze,
Więc o zestaw ten zawalcze.
By przyjemnosć sprawić mu,
Przy jedzeniu, z krówką - "Muuuu!"
2.
Dietę właśnie rozszerzamy,
Smakołyki zajadamy.
Ja jeszcze tylko próbuję

A mama resztki wykorzystuje.
Powstają z tego sałatki,
Placki albo mus gładki.
Jeszcze dużo nie pomagam
Ale chętnie już podjadam!
Marchew,brokuł i pietruszka,
Choć smakuje bardziej gruszka.
Próbowałem też bataty -
Mój apetyt jak u taty.
W kuchni razem przebywamy,
Dużą frajdę z tego mamy! :) Na zdjęciu synek w oczekiwaniu na babeczki

Jak cierpliwie przetrwać do porodu + PRZEPIS

Wciąż słyszałam, że najgorszy jest ten ostatni miesiąc. Ponoć dolegliwości się nasilają, zmęczenie sięga zenitu, brzuch utrudnia normalne funkcjonowanie, a czas dłuży się niemiłosiernie... W tym miejscu po raz kolejny stwierdzam, że córcia funduje mi całą ciążę na opak. Dla mnie ten ostatni miesiąc jest czasem zdecydowanie najpiękniejszym. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spałam tak dobrze jak teraz, w dzień jestem pełna energii, hormony się uspokoiły i mój chłopak już nie ma codziennie domowego armageddonu, a wszystkie moje dolegliwości odeszły w niepamięć. Torbę do szpitala już mam nawet spakowaną, wyprawka gotowa, pranie zrobione. Zostało nam tylko czekać.

No właśnie chciałam o tym czekaniu porozmawiać. Wszystkim się tak dłużą te ostatnie dni, z ogromną niecierpliwością oczekuje się przyjścia na świat tej małej istotki. A co ja na to? Mam coś do powiedzenia wszystkim tym niecierpliwym: WYLUZUJCIE!
Cieszcie się ostatnimi chwilami tylko we dwoje. Snem nieprzerwanym płaczem dziecka. Długimi kąpielami. Generalnie mam wrażenie, że w ostatnim tygodniach stałam się specjalistką od relaksu. A więc przede wszystkim odpoczynek! Ten mniej i bardziej aktywny. Wiosna pomału do nas zagląda i zachęca do spacerów, a także do wiosennych porządków (a syndrom wicia gniazda ma tu niezłe pole do popisu). 
Wiem, że chce się już tulić i całować swoje maleństwo, a przede wszystkim po tylu miesiącach czekania w końcu je w ogóle zobaczyć i mieć przy sobie. Ale pamiętacie, jeszcze chwila i już dziecko będzie przy was cały czas. Ten moment nadejdzie i to lada chwila. Po co go przyśpieszać, skoro można cieszyć się ostatnimi chwilami ciąży. 
Nadrabianie zaległości filmowych także sprawdza się idealnie. U mnie za to zadziałał jakiś przełącznik od kreatywności i zaczęłam robić ozdoby DIY dla córci. Mamy już girlandę z imieniem i zbieram się do próby uszycia czegoś. Polecam, świetna zabawa :)
Innym rozwiązaniem jest gotowanie. Przyznam się wam szczerze, że gotowania po prostu nienawidzę. O ile ostatnio zafiksowałam się na punkcie sprzątania, to kuchnia jest moim prawdziwym nemezis, z którym staram się unikać konfrontacji kiedy to tylko możliwe. Niestety czasami obiad zrobić wypada, a wtedy warto sięgnąć po przepis, który da nam poczucie wygranej z wrogiem. Czyli przede wszystkim danie musi być smaczne i dawać nam satysfakcję. Mam dziś dla was właśnie taki przepis. 

Smaczne będzie na pewno, ponieważ nie znam nikogo, kto nie lubi pizzy :) A co z tą satysfakcją? Pamiętacie wasze postanowienia noworoczne? U kogo z was znalazło się wśród nich: schudnąć, zdrowiej się odżywiać, ograniczyć słodycze i fast foody, wrócić do formy sprzed ciąży, tudzież jakakolwiek inna wariacja na temat odchudzania? Pewnie u większości. A kto się tego trzyma, zważając na to, że mamy już marzec? Tym którym się udaje, gratuluję serdecznie. A co z tymi, którzy nie potrafią sobie odmówić niezdrowych przysmaków? Mam dla was dobre wieści. Przepis, który dzisiaj pokażę będzie w wersji FIT.

PIZZA Z CUKINII

Ciasto:
- 1,5 średniej cukinii
- 3/4 mąki pełnoziarnistej (może być tez żytnia lub razowa)
- 4 łyżki otrębów orkiszowych (można zastąpić żytnimi)
- 2 jajka
- Przyprawy (według smaku i uznania)

Cukinię ścieramy na tarce o dużych oczkach i wyciskamy nadmiar wody. Mieszamy z resztą składników.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Na papierze do pieczenia (aby było bez tłuszczu) formujemy z ciasta placek i pieczemy przez 30 minut, po czym wyciągamy.
Z zagotowanej puszki pomidorów i przypraw przygotowujemy sos pomidorowy. Smarujemy nim naszą pizzę, dodajemy mozzarellę, ulubione warzywa, przyprawy. Jeśli chcecie, żeby wasz mężczyzna też zjadł polecam dodać kurczaka ugotowanego wcześniej na parze, lub białej szynki drobiowej. Wkładamy z powrotem do piekarnika na 20 minut i pizza gotowa. SMACZNEGO :)

***
Jak sami widzicie przepis jest bardzo prosty, więc nawet ja dałam radę. Mój facet, który dławi się od samych słów BIO, EKO i FIT, zjadł ze smakiem, więc uznaje to za swój osobisty sukces. 
Podobał ci się ten wpis? Śledź nas na bieżąco na FB :)

Ciężarna uprzywilejowana

Mówi się, że ciąża to nie choroba, jednak czy faktycznie tak to wygląda? Na pewno jest stanem wyjątkowym i zasługuje na specjalne traktowanie. Wiele z was opowiadało mi o różnych nieprzyjemnościach, jakie napotkało w tym okresie, wiele pisało o tym na swoich blogach, forach czy różnych grupach. Przeczytałam całe, długie litanie narzekań, jacy to ludzie są pozbawieni współczucia, empatii i generalnie przyzwoitości. Nie przeczę, że tak się zdarza. Nie przeczę, że może to nawet być notoryczne. Jednak widząc kolejną tego typu relację opowiadaną na gorąco, zastanowiłam się jak to było u moim przypadku. I wiecie co? Wróciła mi wiara w ludzi :)

Zrobiłam sobie podsumowanie z całego okresu ciąży, po prostu pełny rachunek sumienia i doszłam do wniosku, że chyba jestem w czepku urodzona. Dlaczego? A dlatego, że nie spotkała mnie ani jedna nieprzyjemna sytuacja. Ale zaraz. Jak to jest w ogóle możliwe? Przecież KAŻDY wokół snuje opowieści z piekła rodem, o tym jak źle ciężarne są traktowane! Mieszkam w Warszawie, ludzi multum, więc przekrój ich zachowań powinnam mieć pełny. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak mogło się stać. Jakim sposobem ominęły mnie te wszystkie siarczyste kawałki i komentarze. Oto do jakich wniosków doszłam.

Po pierwsze ani razu nie dopominałam się o swoje prawa. A zdecydowana część konfliktowych sytuacji, o których słyszałam zaczęło się od tego, że ciężarna poprosiła aby ją obsłużyć poza kolejką, wpuścić do lekarza, ustąpić miejsce siedzące itp. I nie zrozumcie mnie tu źle, nie chcę absolutnie krytykować osób, które się dopominały. Wiem, że samopoczucie bywa różne, a dla mnie i tak ciąża okazała się być bardzo łaskawa. Większość nieprzyjemnych dolegliwości mnie ominęło, z dzieckiem wszystko w najlepszym porządku, ciąża zagrożona nie była, dodatkowych kilogramów aż tak dużo nie ma, nie mam obrzęków, żylaków, hemoroidów... A mimo to i tak się męczę, bywa mi ciężko, muszę usiąść, lub dokucza mi ból stóp. Co więc z tymi wszystkimi kobitkami, które nie mają tyle szczęścia co ja? W tym miejscu nie raz słyszałam donośne głosy mówiące: "to jak się tak źle czuje to niech siedzi w domu, zamiast jeździć autobusem i chodzić po sklepach". Ale zaraz zaraz, jakim prawem? Nie każdy mąż ma czas robić zakupy, ponieważ większość z nich pracuje całe dnie, a wiele kobiet zostaje całkiem sama! Facet je zostawił, albo mąż wyjechał w delegację. I co z nimi? Mają nie jeść, czy liczyć na łaskę kogoś z otoczenia? Nie każda z kobiet ma samochód, żeby tylko nim wozić swoje cztery litery. A nawet jak ma, to prawdopodobnie mąż wziął go do pracy i biedna kobietka musi wsiąść do tego autobusu. A gdzie tak jeździ? Chociażby na badania, lub na wizytę do lekarza! No tego się nie przeskoczy. A ponad to, ciężarówka to nie więzień, żeby z domu nie wychodzić. I tak wypadamy z życia towarzyskiego. Przestajemy pracować, znajomi nie zapraszają już na piwo czy na imprezę z wiadomych przyczyn i nagle ten kontakt z ludźmi zaczyna zanikać, a biedna przyszła mama tonie w samotności. No dajcie tej biednej kobiecie wyjść czasem do świata żywych! Zlitujcie się :)
Ale trochę odbiegłam od tematu. Wyjaśniłam, że w pełni rozumiem te z was, które w kolejkach i środkach komunikacji miejskiej upominają się o swoje prawa. Jednak ja do nich nie należałam i wciąż nie należę. Myślę, że właśnie tym sposobem uniknęłam wielu krzywych spojrzeń i złośliwych komentarzy. 

Po drugie do końca 7 miesiąca nawet nie liczyłam na ludzką uprzejmość, ponieważ mój brzuszek był słabo widoczny. Ciąża zimową porą tego nie ułatwiała. W swetrach i grubych kurtkach co druga kobieta wygląda jakby w ciąży chodziła, a jakby się każdą z nich przepuszczało to mielibyśmy zastęp urażonych bab :) A mój brzuch wyjątkowo wolno się powiększał, więc byłam świadoma, że ludzie najzwyczajniej w świecie o mojej ciąży pojęcia nie mają. I faktycznie, do końca 7 miesiąca nikt specjalnie mnie nie traktował. Może poza moimi niektórymi znajomymi, ale ci z kolei często też przesadzali traktując mnie jak obłożnie chorą lub niepełnosprawną, kiedy ja czułam się całkiem sprawnie. Mogliście o takiej sytuacji przeczytać w jednym z moich poprzednich wpisów (>KLIK<). Ale tu po raz kolejny podkreślę zasługę mojego dobrego samopoczucia w tym okresie. 

Obecnie, jak wiecie, jestem już w dziewiątym miesiącu ciąży, a brzuszek zaczął mi ciążyć i ciąży mi już nieraz ten mój błogosławiony stan. Na szczęście urósł na tyle, że niektóre bystre spojrzenia widzą go także w kurtce, a że coraz cieplej się robi, warstwy ubrań znikają, to i mniej się teraz chowa. I jak moje wrażenia? Ludzie są fantastyczni. Wszystkie kolejki są moje i wcale nie muszę stawać w tych uprzywilejowanych. Nieważne czy to Rossmann, Pepco, sklep osiedlowy czy poczta- wszędzie z uśmiechem wpuszczają mnie przed siebie. Nie wiem czy emanuję jakąś pozytywną aurą, czy o co tu chodzi, ale każdy jest tak uprzejmy, że na samo wspomnienie uśmiech ciśnie mi się na usta. A myślę, że z tej sytuacji jeszcze bardziej ode mnie, ucieszony jest mój chłopak, który bardzo często towarzyszy mi w tych zakupach i w pakiecie ze mną w kolejkach stać już nie musi. 
Pewna sytuacja z tego tygodnia zaskoczyła mnie totalnie, bardziej niż reszta. Otóż wybrałam się do punktu xero, stanęłam grzecznie w kolejce pytając uprzejmie kto jest ostatni (część osób siedziała na ławce i czekała), na co pewien starszy pan postanowił mnie przepuścić i nawet nie chciał słuchać słów sprzeciwu. Prawdziwy Pan Dżentelmen. A tyle się słyszy o starszych ludziach pozbawionych szacunku do ciężarnych kobiet. Ale jak widać, z pokolenia Dżentelmenów, kilku z nich się jeszcze ostało :)
Z takich oryginalnych smaczków mam jeszcze pewną zabawną historię. Znacie jakieś ciążowe przesądy? Ja w ciągu ostatnich miesięcy poznałam ich całe mnóstwo, ale jednym zaskoczyła mnie ostatnio ekspedientka w mięsnym. Stoję sobie w kolejce, jeszcze kilka osób przede mną i nagle słyszę: "O proszę panią pierwszą, bo pani w ciąży". Podziękowałam oczywiście, przeszłam na przód i już miałam przejść do zakupów, gdy nagle: "Dziewczynka będzie, od razu widzę po kształcie brzucha". Ja zamarłam. Potwierdziłam, że spodziewam się panienki, ale tu ta rozmowa nie miała swojego końca. "Wie pani, musiałam panią przepuścić, żeby mi pani myszy potem nie nasłała." Zamarłam bardziej. Ekspedientka widząc moje zaskoczenie wyjaśniła mi, że przecież ciężarna, której się odmówi, ma wielką moc sprowadzania myszy na tych, którzy zaleźli jej za skórę. W dodatku zostałam uświadomiona o prawdziwości tego stwierdzenia historią jakiejś znajomej, na którą taka klątwa spadła. Cóż, z miejsca w kolejce chętnie skorzystałam, ale swoich nadprzyrodzonych mocy nie miałam okazji wypróbować. Może któraś z was miała okazję? :P

Tak więc ostatni miesiąc, może półtora czuję się jak gość honorowy w każdym miejscu w jakim się pojawię i jedyne co mnie zalewa to fala cudownej życzliwości ze strony innych ludzi. Zresztą pamiętajmy: złością i tonem roszczeniowym możemy ugrać co najwyżej złość, nieuprzejmość i krzywe spojrzenia. Za to uśmiech i życzliwość także się pomnaża :) Bądźmy więc uprzejmi, nawet się dopominając. Przecież można to zrobić z uśmiechem na twarzy. Na pewno to ograniczy nieprzyjemne sytuacje, kiedy 'nam się należy'. 
Też często czułam się źle. Mdłości potrafiły mnie łapać w tramwaju czy sklepie, czy potrzebowałam pilnie usiąść gdy czułam kłucie i ból i ciężar. Wiem, że wiele z was czuje się o wiele gorzej. Wiem też, że choćbyście były najuprzejmiejszymi osobami na świecie zawsze zdarzy się cham, który wprowadzi konfliktową sytuację nie szczędząc złośliwych komentarzy. Jednak warto mieć wiarę w ludzi. A czasem po prostu postawić się w ich sytuacji. W zimę, w kurtce nie każdy domyśli się, że wasz brzuszek jest ciążowy. Nie każdy też ochoczo ustępuje gdy kobieta w ciąży rości się jak pani na włościach, mając się za świętą krowę. Tak, nasz stan jest szczególny, wyjątkowy. Nosimy w sobie nowe życie, więc powinnyśmy być traktowane z odpowiednim szacunkiem. W wielu przypadkach ciąża jest prawie jak choroba, a dolegliwości jej dotyczące już na pewno można by jako chorobę sklasyfikować. Jednak nie przesadzajmy.
A wszystkim tym dobrym ludziom, którzy są wobec nas życzliwi dziękuję w imieniu wszystkich ciężarówek. To dzięki wam powstał ten wpis, a moja wiara w życzliwość nie wymarła :)

A jak było u was? Zdarzało wam się spotykać miłych i uprzejmych ludzi? A może wręcz przeciwnie, trafiałyście na samych gburów pozbawionych empatii? Opowiedzcie mi w komentarzach jak was traktowano w czasie ciąży :)

Witamy 9 miesiąc

Czas na kolejne podsumowanie! 

Zaczynam 9 miesiąc ciąży, do terminu z USG zostały mi dokładnie 4 tygodnie, nadszedł więc moment na podsumowanie mojej ciążowej przygody. Pan Tatuś wyjechał dziś do Holandii pozamykać ostatecznie wszystkie nasze sprawy, więc na 3 dni zostałyśmy z malutką same w domu. Od rana tak się kręcę bez celu, trochę posiedzę, trochę posprzątam... Tak więc pomyślałam, że opiszę wam na jakim obecnie etapie jesteśmy. Zapraszam :)

#Samopoczucie - Odkąd wyleczyłam przeziębienie czuję się całkowicie dobrze. Brzuch nie boli, a młoda wierci się nieustannie ( a twierdzili, że pod koniec spokojniejsza się zrobi i mniej ruchliwa... niedoczekanie, mam wrażenie, że ona nigdy nie sypia! ciekawe czy po porodzie też będzie taka aktywna). Nie mam ostatnio ani zgagi, ani zaparć ani innych nieprzyjemnych dolegliwości, no generalnie bajka. Jedyne co, to dopadł mnie totalny leń. Dosłownie nic mi się nie chce ostatnio, mogę cały dzień siedzieć wgapiona w telewizor marudząc, że nic ciekawego tam nie leci :)
Co prawda, żeby zobaczyć stopy muszę się wychylić, a są okolice, których nie widuję już w ogóle. Plecy trochę bolą, ale ratuje mnie ciążowa poduszka, dzięki której mogę się wygodnie ułożyć w łóżku i przesypiam całe noce. Kocham swoją poduszkę.

#Samodzielność - O dziwo jak na ten etap ciąży jestem dość poradna. Sama podnoszę rzeczy z podłogi, sprzątam wszędzie, ścielę łóżko, wychodzę z wanny i golę się (też wszędzie). Oczywiście niektóre z tych czynności sprawiają mi trudność, ale na szczęście nie robią ze mnie kaleki. Jedynie co jakiś czas muszę usiąść, ponieważ gdy jestem dłużej na nogach brzuszek mi ciąży i czuję silne parcie na krocze. Ale jak pisałam, mój luby jest obecnie w drodze do Holandii, więc siedzę 3 dni sama i daję ze wszystkim radę. Poprosiłam go jedynie wczoraj, żeby przyniósł mi zgrzewkę wody, żebym za ciężkich rzeczy ze sklepu nosić nie musiała.

#Przygotowania - Ubranka mam już wszystkie uprane i uprasowane (w końcu), jeszcze została pościel, ręczniki, kocyki itp. W ten weekend malujemy ściany i będzie można przygotować całkowicie kącik małej. Może gdy już zobaczę efekt końcowy pokuszę się o własnoręczne wykonanie jakiś dekoracji pasujących, żeby ładniej było. Wyprawka w znaczniej większości skompletowana, brakuje kilku drobiazgów, w które się zaopatrzymy na dniach mam nadzieję, a resztę można będzie spokojnie dokupować gdy już córeczka będzie na świecie.

#Wygląd - Pomijając fakt, że czuję się wielka jak wieloryb, gruba i brzydka, to patrząc obiektywnie wcale nie jest ze mną tak źle. Po pierwsze nie mam absolutnie żadnych rozstępów (tfu tfu, obym nie zapeszyła) i mam nadzieję, że tak już zostanie. Brzuszek nie jest za duży, skóra ładna, jędrna. Po drugie nie puchnę, więc nie mam wrażenia jakbym się zamieniła w balon, a dłonie i stopy są dalej smukłe. Na chwilę obecną przybyło mi około 10kg, więc wiem, że nie jest ze mną źle, mimo iż czuję się jak beczka :P 

#Psychika - No i tu pewnie się rozpiszę bardziej. Pamiętacie jak ostatnio pisałam wam, o tym że się uspokoiłam (TUTAJ)? Otóż zaszło to o wiele dalej. Mianowicie w ogóle przestałam się przejmować, bo przestało do mnie docierać, że za chwilę w naszym domu pojawi się mały brzdąc. Im bliżej tym bardziej to dla mnie abstrakcyjne. Krągły brzuszek, w którym coś się cały czas wierci, już tak mi spowszedniał, że zapominam, że znajduje się tam prawdziwe dziecko. Po prostu czuję, jakby ten brzuch był nieodłączną częścią mnie i tyle, jakby się nic miało już nie zmienić. Ale przyznam wam, że z jednej strony to dobrze. Dzięki temu jestem o wiele mniej nerwowa i płaczliwa. Nie denerwuję się aż tak i przestałam panikować, więc to jedynie wyjdzie córci na zdrowie :)
A druga sprawa, o której muszę tu napisać, po raz kolejny zresztą, są moje dziury w mózgu. Ponieważ one się powiększają! Ostatnio chodzę totalnie otępiała, nie wiem co się w ogóle w okół mnie dzieje. Zaczynam zapominać treści rozmów, które przeprowadziłam (mimo iż pamiętam sam fakt, że miały one miejsce), a ostatnio nawet zapomniałam, że... prowadzę bloga! Ponadto od tygodnia myślę nad tym, by zacząć czytać jakąś książkę, póki jeszcze mam na to czas, jednak ostatnio trudno mi nawet film w całości obejrzeć, więc o czytaniu nawet nie wspomnę! Każda czynność sprawia mi trudność przez mój brak skupienia, łapię zawiechę co chwila i minuty mi uciekają... No po prostu masakra! I w zasadzie to jest mój główny powód do narzekania, poza tym czuję się naprawdę dobrze :)

Cóż, chyba opisałam już wszystko, a jeśli o czymś zapomniałam, to po tym co napisałam nie powinno to już dziwić nikogo.
Więc jak widzicie, końcówka ciąży wcale nie jest taka zła, a jedynie męcząca.

Jeśli podobał ci się mój post, zachęcam do śledzenia na bieżąco, co się u nas dzieje za pomocą FB :)