Czym są skoki rozwojowe?

Coś się zmieniło. Czujesz się, jakby ktoś podmienił twoje dziecko. Ten radosny, spokojny niemowlak zmienił się nie do poznania z dnia na dzień. Nagle całe dnie płacze, marudzi i nic nie jest w stanie go uspokoić. Jest niespokojny przy jedzeniu, słabo śpi i nie da się go zdjąć z rąk nawet na chwilę?
Może to być skok rozwojowy!!

 U nas ten temat jest na topie, ponieważ właśnie to przechodziliśmy... Na szczęście nie było tragedii, Julka dalej noce ładnie przesypiała, ale to co się działo w dzień... Ciągły płacz bez większego powodu, ciągle na rączkach, bo łóżeczko, wózek, nasze łóżko i bujaczek chyba ją w dupkę parzyły, a rodzicom chwilami nerwy puszczały. Smoczki, które dotychczas były skutecznymi uspokajaczami, nie pomagały, a wręcz powodowały jeszcze większą histerię. A nawet w chwilach, gdy nie było takiego ryku, mała była bardzo marudna i na skraju płaczu. Stąd też przez ostatnie parę dni mogłam zapomnieć o chociażby włączeniu laptopa, a nawet porządkach w domu. Na szczęście minęło, Julka jest znowu spokojna i uśmiechnięta. Ale z czym właściwie mieliśmy do czynienia?

Układ nerwowy dziecka, w przeciwieństwie do rozwoju fizycznego, rozwija się skokowo. Są to okresy, kiedy mózg przechodzi intensywne przemiany, a sam maluch nabywa nowe umiejętności. W pierwszym roku życia możemy zaobserwować siedem takich skoków, z czego każdy kolejny trwa dłużej. Przy każdym, umysł dziecka niejako wchodzi na wyższy poziom i dociera do niego coraz więcej bodźców. Skoki te, są poprzedzane przez okresy potocznie zwanego marudzenia. Nasze dziecko wymaga o wiele więcej uwagi niż dotychczas, płacze bez konkretnej przyczyny, mało je, mało śpi, a czasem nawet sprawia wrażenie, że cofnęło się w rozwoju i zapomniało o tym, co już potrafiło. Spokojnie, to całkowicie normalne, po prostu cały świat jaki zna, co chwila wywraca się do góry nogami. Niemowlę coraz bardziej intensywnie zaczyna odbierać bodźce z otoczenia, a zanim nauczy się, jak sobie z nimi radzić, bywa niespokojne i rozdrażnione. Potem okazuje się, że w niesamowicie krótkim czasie nabyło wiele nowych umiejętności, prawie że przez jedną noc. A kiedy możemy się spodziewać takich skoków rozwojowych?

U wszystkich dzieci odbywa to się w takim samym czasie, ewentualne różnice są nieznaczne. Układ nerwowy rozwija się w takim samym tempie, już od życia płodowego, a więc dzieci urodzone wcześniej mogą przechodzić to później, a te urodzone po terminie, odpowiednio wcześniej.

#1. Z pierwszym z nich mamy do czynienia w okolicy 5 tygodnia. Dziecko staje się bardziej świadome i aktywne niż dotychczas. Już nie tylko je i śpi, a jego zmysły wyostrzają się. Kiedy już przetrwamy tych kilka marudnych dni, możemy zauważyć zmiany jakie zachodzą w naszym malcu. Zaczyna się świadomie uśmiechać, płakać prawdziwymi łzami i coraz lepiej trawi pokarm, wobec czego rzadziej ulewa i odbija.
#2. Kolejny pojawia się między 7 a 9 tygodniem. W czasie tego skoku dziecko zaczyna "łapać" rytm dnia, pewne schematy i powtarzalność, oraz staje się świadome swoich rączek. Podejmuje też próby chwytania przedmiotów. W tym czasie ważne jest, aby zapewnić dziecku właśnie taki stały rytm dnia.
#3. Następny w 11-12 tygodniu, kiedy to maluch zaczyna dostrzegać detale. W tym czasie łapie przedmioty obiema rączkami i próbuje wszystko wkładać do buzi. Ma też o wiele lepszą koordynację ruchową, potrafi sztywno i wysoko trzymać główkę i przewracać się z brzucha na plecy, oraz na odwrót.
#4. Po skoku między 14-19 tygodniem życia, nasze dziecko opanowuje umiejętność przewidywania następstwa zdarzeń, czyli tego, że jedna rzecz wynika z drugiej. Na przykład zauważa, że gdy upuści zabawkę to mama ją podniesie i mu poda, lub gdy wyciągnie rączki, to mama weźmie do siebie na ręce i przytuli. Zaczyna też reagować na swoje imię, oraz na odbicie w lustrze. Potrafi też coraz lepiej komunikować swoje potrzeby, a także przekładać zabawki z jednej rączki do drugiej.
#5. Kolejny następuje w 22-28 tygodniu i charakterystycznym dla niego symptomem jest lęk separacyjny. Maluch zaczyna dostrzegać różnice między bliskimi, a obcymi. Nie uśmiecha się do wszystkich, a czasem nawet reaguje lękiem na widok nieznajomych. Staje się "przylepą" i wpada w panikę, gdy rodzice znikają z jego pola widzenia. W tym czasie dziecko powinno zacząć też samodzielnie siadać, chwytać małe przedmioty palcem wskazującym i kciukiem, oraz przenosić wzrok z obrazka na obrazek w książeczkach.
#6. Między 32 a 37 tygodniem nasza pociecha potrafi już samodzielnie siedzieć oraz raczkować. Prócz tego zaczyna dzielić świat na kategorie i dostrzega cechy wspólne w różnych rzeczach. Zaczyna tez rozróżniać kształty i robić miny do swojego odbicia w lustrze. Pojawiają tez się takie cechy jak zazdrość czy opiekuńczość.
#7. Ostatni skok rozwojowy ma miejsce między 41 a 48 tygodniem życia. Maluch zauważa, że różne zdarzenia następują po sobie, oraz potrafi już świadomie używać słowa "nie". Naśladuje czynności wykonywane przez rodziców, oraz zaczyna powtarzać słowa, lub odgłosy zwierząt. Pokazuje też na rzeczy paluszkiem, zwykle oczekując, że powiemy mu jej nazwę. Podejmuje tez pierwsze próby rysowania i bawi się zabawkami, które można do siebie dopasować (jak puzzle), oraz stawiania pierwszych kroków.

My właśnie przetrwaliśmy pierwszy skok. Przyznam, że bardzo pocieszająca była dla nas świadomość, że okres marudzenia minie, oraz że to naturalny etap rozwoju. Warto mieć tą świadomość, że dziecko nie płacze tak sobie bez powodu, a po prostu jest przytłoczone nadmiarem i intensywnością bodźców oraz informacji. i potrzebuje chwili, aby sobie z tym poradzić.
Według mnie, jedną z najlepszych rzeczy dla rodzica, jest widok, jak jego dziecko nabywa nowych umiejętności. Nie denerwujmy się więc na nie, ono po prostu musi być gotowe, aby nauczyć się nowych rzeczy. Oczywiście wiadomo, że nie możemy się trzymać sztywno tych schematów, ponieważ mimo wszystko, każde dziecko rozwija się indywidualnie, we własnym rytmie, jednak wiemy mniej więcej jak to się powinno odbywać.

A jak wasze maluchy przechodziły skoki rozwojowe? Na którym są etapie? I powiedzcie mi, czy przy późniejszych skokach też jest tyle marudzenia i płaczu, co w tym pierwszym? Piszcie w komentarzach :)

Niemowlak i pies pod jednym dachem?

Poznajcie Torę.
Tora to 12-letnia suka, mieszanka amstaffa i pitbulla. Należała do mojego K., a wraz z rozpoczęciem naszego związku i moim wprowadzeniem się, stałam się jej współwłaścicielką. Znam ją od 4 lat, mieszkam z nią od 2,5 roku.
Tora jest starym psem i największą pierdołą jaka chodzi po tej planecie. Potyka się o własne łapy i o dosłownie każdą rzecz, leżącą na podłodze. Próby wskoczenia na łóżko często (ku jej zdziwieniu) kończą się upadkiem, a jej gracja jest porównywalna z gracją słonicy.
Tora jest idealnym portretem postawy dekadenckiej: przeżywa permanentny ból istnienia (o tak, ona zawsze pokazuje jak bardzo cierpi). Prócz tego, jak na prawdziwą kobietę przystało regularnie strzela fochy, ostentacyjnie pokazując co jej się nie podoba.
Tora wciąż ma mentalność szczeniaczka i za każdym razem jest bardzo zdziwiona, że nie ma już młodzieńczej sprawności (choć bardzo się stara).
Tora musi spać w łóżeczku i mieć swoją podusię i kołderkę, którą obowiązkowo trzeba ją przykryć. Gdy się przerwie jej 22-godzinny sen, patrzy na ciebie spode łba, przekrwionymi oczami z wielkim oburzeniem. Jest księżniczką na ziarnku grochu, nie lubi wychodzić na dwór w niepogodę, ani gdy musi przerwać swój drogocenny sen. Z opowieści wiem, że w wieku szczenięcym wyprowadzano ją pod parasolką, a na trawniku kulała, ponieważ... trawka łaskotała ją w poduszki na łapkach.

Jak więc sami widzicie, Tora to prawdziwy pies morderca :) Jednak, gdy zaszłam w ciążę w mojej głowie pojawiło się pełno obaw związanych z pojawieniem się małego dziecka, na terytorium psa.

Najpierw nakreślę wam, skąd wzięły się u mnie obawy i czego dokładnie dotyczyły. 
Po pierwsze, jest to jednak zwierzę, działające pod wpływem instynktu, a nie w sposób przemyślany i świadomy. Wiedziałam, że nawet jeśli Tora, umyślnie by nie skrzywdziła dziecka, to przypadkiem różne rzeczy mogą się wydarzyć. Miałam więc czarne wizje, jak to dziecko postanowi pociągnąć psa za ucho, albo za ogon, złapać za szyję i przytulić, a pies... jak to pies, może zareagować różnie. Jakie były moje wizje chyba się domyślacie. Szczególnie, że Tora nie lubi gdy ktoś przystawia twarz do jej pyska i zawsze pokazuje, że jej to nie odpowiada. A ze względu na to, że jest jednak sporym zwierzakiem, o bardzo silnych szczękach i znikomej gracji, chcąc nie chcąc, krzywdę może zrobić. W szczególności tak małemu dziecku.
Po drugie, obawiałam się zazdrości. Trochę jak ze starszym dzieckiem, gdy w domu pojawia się młodsze rodzeństwo... Gorzej, gdy to starsze dziecko ma wielką paszczę i zębiska. Generalnie Tora, uwielbia być w centrum uwagi. Wygląda to tak, jakby uważała, że każda osoba wchodząca do naszego domu, przychodziła bawić się z nią, a nie odwiedzić nas. Gdy mieliśmy w domu jeszcze kota i ktoś z gości postanowił go pogłaskać i pomiziać, nasza psinka natychmiast reagowała. Szczekała, skakała, a na koniec podgryzała kota w zadek. O ile w przypadku kota było to zabawne, to jak pomyślałam, że będzie tak samo zazdrosna o dziecko, nie było mi do śmiechu.
Po trzecie, po prostu nie wiedziałam kompletnie czego się spodziewać. Tora nie miewała zbyt częstego kontaktu z dziećmi, ciężko więc było stwierdzić jak zareaguje.

Od różnych ludzi nasłuchaliśmy się też wielu historii, jak to pies takiej rasy warczał na dziecko i był wobec niego agresywny, mimo że nikt się tego po nim nie spodziewał. Wiele razy słyszeliśmy, aby psa się koniecznie pozbyć, oddać komuś, a jak się nie uda to nawet uśpić!
Przyznam, że o oddaniu jej sama myślałam. Powiem wprost, że się bałam, a nie chciałam testować reakcji psa, kosztem zdrowia lub życia swojego dziecka. Ale na pewno nie zdecydowałabym się uśpić psa "na wszelki wypadek". Mimo wszystko, to nasze zwierzę, za które wzięliśmy odpowiedzialność i nie wyobrażam sobie, by zapobiegawczo je zabić. Pomysł z oddaniem też nie doszedł do skutku. Jakby nie patrzeć, Tora jest już psim emerytem, przyzwyczajona do swoich właścicieli, do domu w którym mieszka i do pewnych 'standardów', jak np. spania pod kołderką. Podejrzewam, że w tym wieku nie zaakceptowałaby nowych ludzi, a prawdę mówiąc, nie mielibyśmy też serca jej oddać obcym. Na samą myśl robi mi się smutno.
Tak więc zapadła decyzja, że pies zostaje z nami i zobaczymy co nam to przyniesie.

Radziłam się wielu osób w tej kwestii (część z was mnie zapewne czyta, więc bardzo dziękuję za wasze rady, niesamowicie się przydały i rozwiały część moich obaw) i dużo rozmawiałam z K. Znaleźliśmy wiele "punktów" na korzyść Tory, które dość skutecznie mnie uspokoiły.
Tora nigdy nie okazywała agresji wobec ludzi, w tym dzieci. O ile z innymi psami się nie lubi, to do ludzi jest bardzo przyjaźnie nastawiona. Ponadto z łatwością akceptuje nowych członków rodziny. Mnie przyjęła z miłością, ale to nic z porównaniu z uczuciem jakim obdarzyła nowego męża mojej przyszłej teściowej. 
Kolejną kwestią 'na plus' jest właśnie jej instynkt. Suki są bardziej wrażliwe od psów w stosunku do dzieci, niezależnie od gatunku. Są w stanie rozpoznać, że to jest młode i trzeba to chronić. Zresztą Tora nigdy nawet nie mogła mieć do gryzienia piszczących zabawek. Gdy tylko zaczynały piszczeć, puszczała z obawy, że robi krzywdę i zaczynała je pocieszająco lizać.
Wśród rad usłyszałam, by najpierw przynieść ze szpitala jakieś ubranka po dziecku i dać psu do powąchania, aby się zapoznała z nowym zapachem. Rada świetna, niestety nie zdążyliśmy jej wprowadzić w życie. Kolejną było to, aby nie izolować psa od dziecka, ponieważ może poczuć się odtrącony i zazdrosny, a poza tym w ten sposób nigdy by się nie przyzwyczaił. Należy, oczywiście pod nadzorem, oswajać go z nowym domownikiem.

A jak to wyglądało u nas?
Jak już wspomniałam, nie zdążyliśmy przywieźć ubranek Julki, żeby Tora zapoznała się z nowym zapachem. Rzuciliśmy się więc na głęboką wodę i psinka została zbombardowana nowymi zapachami: torby ze szpitala, rzeczy małej i w końcu samo dziecko. Przyznam, że pierwszego dnia byłam przerażona. Pies nastawiał uszy, latał po całym mieszkaniu jak nienormalny, wąchał wszystko- wiadomo, dużo nowych zapachów wzbudziło ciekawość. Ja starałam się zachować zimną krew, jednak byłam zdenerwowana, zmęczona, dwa dni po porodzie i sama nie bardzo potrafiłam odnaleźć się w domu. Wtedy mała zaczęła płakać, a Tora, ku mojemu przerażeniu, zaczęła na mnie skakać i szczekać. Gdy K. wyszedł do sklepu, żeby nakarmić Julkę, zamknęłam się z nią w pokoju i płakałam, a psina wyła pod drzwiami i próbowała je przegryźć na wylot. 
Ale po pierwszej nocy już wszystko się ustabilizowało. Tora przyzwyczaiła się, że "to małe" co chwila się drze i bardziej przeszkadzał jej fakt, że nie mogła się wyspać. Przy każdym płaczu małej podnosiła zmęczony łeb i patrzyła na mnie z oburzeniem przekrwionymi oczami. I tyle. 
Przez pierwszy tydzień co jakiś czas przypominała sobie o istnieniu dziecka i obserwowała Julkę z uwagą. Potem przestała już się nią interesować. Gdy całkowicie się oswoiła z jej obecnością, pozwoliliśmy jej kilka razy powąchać główkę czy rączkę małej. Po miesiącu odważyłam się wypróbować bujaczek-leżaczek i pozwolić, żeby dziecko było na jednym poziomie co pies. Tora jedynie podeszła, powąchała i poszła się położyć gdzie indziej. Obecnie nie boję się już wyjść z pokoju i zrobić sobie kawę czy śniadanie, kiedy Julka leży na naszym łóżku. Tora bardziej przejęta jest, jak otwieram opakowanie czekolady albo ciastek, niż obecnością Julki. Przyzwyczaiła się. Nie ukrywamy przed nią dziecka, ani jej nie odcinamy, więc straciła zainteresowanie.
Zobaczymy co będzie, gdy Julka będzie na tyle duża, żeby złapać psa za ucho, albo gdy zacznie raczkować... Jednak jesteśmy dobrej myśli i nic nie wskazuje na to, byśmy mieli powody do obaw. Kto wie, może nawet się zaprzyjaźnią?

Wiadomo, każdy przypadek jest inny i należy go rozpatrywać indywidualnie, w zależności od usposobienia zwierzęcia, jednak duży pies, nawet typu amstaff nie musi się wykluczać z dzieckiem. Przedstawiłam wszystkie za i przeciw w naszej konkretnej sytuacji, więc jeśli macie podobne obawy, wiecie już na jakie rzeczy warto zwrócić uwagę. I na pewno nie powinno się "pozbyć" psa na wszelki wypadek, a po prostu bacznie obserwować. 

A wy macie zwierzaki? Jak one się chowają z waszymi dziećmi? Były pewne obawy?
Opowiedzcie mi w komentarzach :)

1 miesiąc

Ale ten czas leci... Wiecie, że minął już miesiąc odkąd moja córeczka jest na świecie? MIESIĄC?! Z jednej strony dopiero co na nią czekałam, a z drugiej już nie wyobrażam sobie bez niej świata. Ciężko przypomnieć mi sobie teraz życie, w którym jej nie było. Co się u nas zmieniło przez ten miesiąc?

Niezmiennie fascynuje mnie to, że obecnie widać gołym okiem jak nasza córeczka się rozwija, prawie z dnia na dzień. Jak robi się coraz bardziej kontaktowa, wpatruje się z uwagą w nasze twarze, jak z zaciekawieniem rozgląda się, zaczyna obserwować zabawki i karty kontrastowe. Na początku ciągle spała, teraz ze snem walczy całe dnie, woli być z nami. Wciąż domaga się uwagi, zaczepia nas, chce żeby ją nosić, albo po prostu być obok i do niej mówić. Sama też jest rozgadana, chociaż jej wypowiedzi ograniczają się głównie do "A" i "E". I tak już sobie z nami dyskutuje i rozsyła uśmiechy. A w tym jej uśmiechu, to już zakochana jestem, nawet jeśli nie jest do końca świadomy.

Kilka spraw mnie zaskoczyło. Na przykład nie spodziewałam się, że pamiętam aż tyle kołysanek i piosenek z dzieciństwa. Co prawda, w miejsca gdzie nie pamiętam tekstu wstawiam kreatywnie "lalala", ale Julci i tak się podoba. Jak już każdą zaśpiewam po dwa razy (w większości śpiewam sam refren, albo fragment jednej zwrotki i refren, moja pamięć aż taka niezawodna nie jest) to biorę się za rockowe ballady (wczoraj mi zasnęła przy Comie).+
Inna kwestia, która całkowicie mnie zaskoczyła to moje nagłe upodobanie do różu... No normalnie przeżyć tego nie mogę. Przez całą ciążę dbałam o to, by w mojej wyprawce nie znalazła się, ani jedna różowa rzecz. Wszystko w neutralnych kolorach: żółciach, zieleniach, bielach i szarościach, oraz sporo niebieskiego. Sama różu, sukienek, ani butów na obcasie nie zwykłam nosić, więc uważałam, że córki też tak ubierać nie będę, że wychowam małą chłopczycę. Aż tu nagle... rozpływam się na widok różowych ubranek, opasek, sukieneczek i innych słodkich dziewczęcych ubranek i akcesoriów. No jakby mnie UFO porwało i zrobiło pranie mózgu! Ba, co więcej sama mam ochotę wskoczyć w ładne buty, kieckę i wyskoczyć do fryzjera... Przy mojej małej kobietce, sama mam chęć stać się bardziej kobieca :) Na szczęście braki w różowych częściach garderoby nadrabiam, bo smutno mi się robiło jak chodziła w samych niebieskich pajacykach, jak jakiś chłopak :P

Ku mojemu zadowoleniu, Julka bardzo lubi spacery. Od razu się uspokaja na powietrzu i lubi przebywać w wózku. Oczywiście przy ubieraniu krzyk, na klatce schodowej krzyk, a tylko wyjdziemy z klatki na dwór i od razu się uspokaja. Dla mnie dobrze, bo będę mogła spokojnie chodzić z nią gdzieś, nie walcząc aż tak z jej płaczem. Co prawda, jeszcze za mocno z tego nie korzystałam, ale mam nadzieję, że w kolejnym miesiącu będę już bardziej mobilna... Nawet nie wyobrażacie sobie, jak marzą mi się wyjścia z domu, dalej niż do pobliskiego parku. Ale myślę, że to już powoli można zmieniać, choć na razie pogoda nie sprzyja.

A co ze mną? Czuję się już mocno wprawiona, choć dalej miewam różne obawy i wątpliwości. Jednak jest ich coraz mniej, po naszych codziennych bojach. Czasem zastanawiam się, czy na pewno wiem wszystko, co powinnam o odpowiedniej pielęgnacji, czy odpowiednio ją ubieram i czy rozpoznam złe samopoczucie mojej córci, np. kolkę czy gorączkę. Codziennie się uczę. Julka dzielnie daje mi do siebie instrukcję obsługi i idzie nam coraz lepiej. Prawdę mówiąc mam wrażenie, jakby była ze mną już od zawsze, a zajmowanie się nią przychodzi mi bardzo intuicyjnie. 

Generalnie Julia jest cudowna, w nocy ładnie śpi, budzi się tylko na karmienie i to nie za często, a w dzień jest aktywna. Raczej nie płacze bez powodu i bardzo łatwo ją uspokoić: wystarczy zaspokoić daną potrzebę i momentalnie się uspokaja. Oczywiście zdarzają się dni, gdy bywa marudna i nie bardzo wiadomo o co jej chodzi, ale my dorośli też mamy czasem gorszy dzień. Wtedy ciężko ją oderwać od rąk: każda próba odłożenia jej kończy się płaczem. Na szczęście melodyjki z karuzelki ją uspokajają, a i ciągle robimy próby z szumisiem. Ostatnio pierwszy raz przy nim zasnęła, więc kto wie, może będzie się sprawdzał. Wciąż nie znam smaku zimnej kawy, udaje mi się pić ją ciepłą. Znajduję też czas na jedzenie, a nawet na gorącą kąpiel. Jak dotąd też się wysypiam, więc nie mam powodów do narzekania :) No, może poza tym, że mieszkanie wygląda jak po przejściu huraganu. Na sprzątanie i gotowanie czasu brakuje, ale w tych kwestiach sobie odpuszczam, a i nieoceniona tu jest pomoc Pana Tatusia.

Przyznam, że ten wpis jest bardziej dla mnie niż dla was. To będzie moja osobista pamiątka. Spis tego, jak rozwija się moja córeczka i jak w związku z tym zmieniam się ja sama, miesiąc po miesiącu. Obserwacja tego jest czymś na prawdę niesamowitym, szczególnie teraz, gdy jej rozwój jest tak dynamiczny. Już nie mogę się doczekać, co przyniesie nam następny miesiąc :)

Blogosfera Canpol Babies

W tym miesiącu jak zwykle zgłaszamy się do kolejnej edycji Blogosfery Canpol Babies. Może tym razem uda nam się dostać do grana osób testujących. Tym bardziej, że w tym miesiącu do zdobycia jest produkt, który idealnie by się wpasował do wieku mojej córci. A co to jest?
Elektryczna karuzela "Piraci"!! Dostosowana jest dla dzieci w wieku 0+ i wykonana jest z super miękkiego pluszu. Wyposażona jest w cztery odczepiane zabawki, w niekrzykliwych kolorach, które zawierają grzechotki i piszczałki.

Juleczka ostatnio bardzo interesuje się obserwowaniem kart kontrastowych i niektórych zabawek, myślę, więc, że z chęcią przetestowałaby taką karuzelkę :) A jeśli nam się nie uda, to może znowu chociaż zorganizujemy dla was konkurs?

Jeżeli także chcielibyście ją przetestować, zachęcam do zgłoszenia się na stronie >Canpolu<, a dla tych, którym się nie uda zostanie jeszcze 10 takich karuzelek do zgarnięcia w konkursach na innych blogach. Swoje uczestnictwo w blogosferze można zgłaszać >TUTAJ< do końca bieżącego miesiąca, tj. do 30 kwietnia.
Raz jeszcze zapraszam, oraz życzę powodzenia :)

Tata przy porodzie

Myślałam, że jak już urodzi mi się dziecko, będę pisać jak najęta. Nagle spłynie na mnie całe mnóstwo inspiracji, będę miała głowę pełną pomysłów, nowych tematów. Cóż, prawdę mówiąc byłam w błędzie. I myślę, że każda mama to rozumie. Rozumie ten chaos jaki panuje w życiu, gdy tylko pojawia się maluszek. Ten brak jakiejkolwiek organizacji, rytmu, człowiek ma mniej siły i czasu. Tego ostatniego brakuje nawet na odkurzanie, kąpiel, czy zrobienie obiadu, więc o pisaniu nie wspomnę. A co z milionem pomysłów? Okazuje się, że cierpię na absolutną niemoc twórczą i w głowie mam tylko sprawy codzienne, i tak między karmieniem, kupkami, a spaniem nie wiele się ostatnio w mojej głowie roi. Ale będę się starać. Radzimy sobie coraz lepiej, więc myślę, że będę w stanie czasem zorganizować trochę czasu na pasję i pisać.

Do dzisiejszego wpisu zmotywowało mnie przeczytanie kilku relacji i opinii na temat tatusiów obecnych przy porodzie. Niedawno natknęłam się na sytuację, gdzie żona potwornie narzekała na postawę męża. Otóż właśnie ten oto mąż, obecny był przy narodzinach ich dziecka i napawało go to dumą. Był tak dumny, że chwalił się wszystkim jaki to był dzielny, że wytrwał do końca, że był wtedy obecny przy żonie i jaki odwalił w ten sposób kawał dobrej roboty. A co na to żona? Wściekła! Wściekła, że jest dumny z siebie, kiedy on tylko stał, a to ONA musiała odwalić całą robotę i urodzić. ONA tak bardzo się namęczyła, nacierpiała, a ten podły mąż, nie docenia jej, tylko puszczy się, jakby co najmniej sam rodził.
Zaraz, zaraz... Serio? Powiem, że byłam w niemałym szoku po przeczytaniu tej historii. Najgorsze jest, że to nie jakiś odosobniony przypadek. Na FB należałam do różnych grup dla mam i przyszłych mam, prócz tego przeczytałam całe mnóstwo postów blogowych i dyskusji na forach (tak, ciężarne mają na to sporo czasu) i tam wiele mamusiek wyrażało podobne opinie i pretensje.

Co ja o tym myślę? Myślę, że facet obecny przy porodzie właśnie odwalił kawał dobrej roboty i powinien być z siebie dumny. Niestety, nie jest to fizycznie możliwe, by mógł zamienić się miejscami z kobietą i ją wyręczyć, ale robi co może: czyli jest obok i ją wspiera. A dlaczego więc uważam, że odwala kawał dobrej roboty? Po pierwsze, poród nie należy do rzeczy 'ładnych'. Wiem, że w prawdziwych związkach ludzie widzą się w każdej sytuacji, także w tych, w których nie wygląda się za pięknie. Również w chorobach i pozostaje się w gotowości do pielęgnowania się nazwaniem w razie potrzeby. Jednak uważam, że widok 'wychodzącego' dziecka nie należy do przyjemnych i ja sama na to bym patrzeć nie chciała. Łożysko też zbyt apetyczne nie jest, a i my kobiety w trakcie porodu kwitnąco nie wyglądamy. Ale wiadomo, nasi wspaniali mężczyźni kochają nas nawet gdy jesteśmy spocone, czerwone, rozczochrane i krwawiące, więc ich ten widok nie boli, a by oszczędzić sobie reszty widoków, wystarczy by stanęli przy głowie swojej partnerki i trzymali ją za rękę. Więc o co ten krzyk?
A właśnie o krzyk. Chodzi mi o pierwszy etap porodu. O te chwile, gdy przy każdym skurczu myślimy, że nie damy rady, drzemy się wniebogłosy, wpijamy paznokcie i błagamy by ktoś nas zabił i wyciągnął z nas to dziecko. A oni muszą na to patrzeć i nic nie mogą poradzić, w żaden sposób pomóc. I przyznam, że nie chciałabym być na ich miejscu, Widzieć, jak osobą którą kochasz najbardziej na świecie cierpi i nic nie móc zrobić. Wspierają, pozwalają wgryzać się w rękę (przepraszam, kochanie), ale widzą, że to za mało, to nic nie daje. Patrzą na nasz ból i wiedzą, że będzie boleć dalej, coraz bardziej i boleć musi. 

Przez całą moją ciążę zastanawialiśmy się, czy K. obecny będzie przy porodzie. Ciągle było, że może, albo zobaczymy. Ja nawet po części przyzwyczaiłam się do myśli, że jego tam nie będzie. Gdy jednak przyszło co do czego, obleciał mnie strach. Miałam pełną świadomość, że nazajutrz będą wywoływać mi poród, że nie nastąpi to nagle, niespodziewanie, któregoś dnia, tylko już jutro. Byłam całkowicie przerażona i nie chciałam być sama. Powiedziałam to K. i obiecał, że będzie przy mnie. Jednak ten temat wcześniej był powodem różnych sporów, a także wielu dyskusji, w których nie mogliśmy dojść do ostatecznego porozumienia. Dobrze wiedziałam, że nie do końca podobał mu się ten pomysł od samego początku, jednak zdecydował się nie zostawiać mnie samej. Znaczyło to dla mnie bardzo wiele. Nie chciałam go do niczego zmuszać. Wiedziałam, że nie warto by był tam wbrew swojej woli, czy na siłę, powiedziałam więc, że będzie mógł wyjść, gdy dojdzie już do porodu właściwego, zależy mi żebym wcześniej nie była tam sama. Tak się więc umówiliśmy. Myślałam, że ta pierwsza część porodu to będzie luzik, a samo parcie będzie tą najgorszą dla obojga nas częścią, więc uznałam to za idealny kompromis. Cóż, tak myślałam przynajmniej do chwili prawdziwego porodu.
O tym, jak on wyglądał mogliście sobie przeczytać >TUTAJ<. Okazało się, że to właśnie ta pierwsza część była o wiele trudniejsza, ból był niewyobrażalny, ja krzyczałam, a on biedny na to patrzył. Ja wiedziałam, że muszę to zrobić, a K. głaskał mnie po ramieniu, pozwalał się gryźć i cały czas był obok. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że on musi patrzeć na moje męki i cierpienie. Ja to wszystko pamiętam jak przez mgłę, ale myślę, że dla niego ten widok pozostanie na zawsze żywy w pamięci: widok bólu kogoś ukochanego. Ja ryczałam, na szczepieniu Julki, bo tak ranił mnie widok tego, jak płakała po kłuciu, a to nic w porównaniu do patrzenia na poród... Kiedy więc przyszła pora na skurcze parte, wyrzuciłam go z sali. Tak, to ja go musiałam wyrzucić. Został do czasu, aż "widać było główkę", jednak widziałam, że już cały ten poród wyraźnie go zmęczył. Wiedziałam, że to już długo nie potrwa (i miałam rację, skurcze parte trwały jakieś 15 minut) i przede wszystkim czułam, że z tą końcówką dam sobie radę. Świadomość, że to koniec dodawała mi sił, więc K. nie był mi już taki potrzebny. Gdyby go nie wyrzuciła zapewne siedziałby do końca, jednak uznałam, że swoje zobaczył i zasłużył na chwilę oddechu. Wrócił 15 minut później i był z nami aż go wyprosili, trzymał Julkę na rękach, pomagał mi się ruszać itp.

Nikt mi więc nie wmówi, że mężczyzna porodu nie przeżywa, a tylko 'stoi i patrzy'. Uważam więc, że tatusiowie odwalają na prawdę kawał dobrej roboty i powinni być z siebie dumni. Co więcej, my powinnyśmy być z nich dumne. 

A jak było u was? Tatusiowe byli obecni przy porodzie czy nie? Opowiedzcie mi w komentarzach :)

Nikt mnie na to nie przygotował

Do tej pory szczyciłam się tym, że nie piszę w sposób przesłodzony, a mówię o wszystkim wprost. Dziś zmuszona jestem połączyć to i napisać wprost lukrowanego posta, o tym jak różowo nam się żyje.
UWAGA- BĘDZIE SŁODKO!

Gdy tylko dowiedziałam się o tym, że jestem w ciąży, zaczęłam z zapałem czytać setki artykułów o ciąży i dzieciach, śledzić blogi parentingowe, dołączyłam do grup dla przyszłych mam, a w końcu sama założyłam bloga. Oswajałam się z miesiąca na miesiąc i przyzwyczajałam do nowej roli. Powoli zmieniały się moje priorytety, a mi zaczęło zależeć na tej małej istotce, którą nosiłam pod sercem. Czytałam opisy innych rodziców, myśląc że ich rozumiem, że wiem co oni czują. Wydawało mi się, że jestem gotowa, na to co ma się wydarzyć, że wiem czego się spodziewać. Nie mogłam bardziej się mylić.

W pierwszych chwilach po porodzie nie wiedziałam co czuję. Przede wszystkim byłam zmęczona i cieszyłam się, że mam to w końcu za sobą. Nie płakałam, nie wzruszałam się, czułam się raczej zagubiona. Po przeniesieniu na salę, byłam sama- już było po odwiedzinach, nowa sąsiadka z sali spała, a w dyżurce była tylko jedna pielęgniarka na nocnym dyżurze. A ja byłam wykończona, obolała i przerażona. Zostawili mnie z tą kruszynką, a ja kompletnie nie wiedziałam co mam robić. Czy nakarmić, czy przewinąć, co ile mam to robić i jak, nawet nie byłam pewna czy mogę ją wziąć na ręce. W końcu zaczęła płakać, a ja musiałam się nią zająć- przecież jestem jej mamą. Dalej poszło już z górki.
Nikt nie przygotował mnie na ten bezmiar miłości, jaki mną zawładnął. Nie ważne ile razy słyszałam, że po porodzie wszystko się zmieni, nie byłam w stanie sobie nawet tego w najmniejszym stopniu uzmysłowić. Nie wiedziałam, że można tak bezgranicznie kochać takie maleństwo, które dopiero się poznało. W ciągu pierwszych kilku dni dużo płakałam- buzowało we mnie zbyt wiele emocji, z którymi sobie nie do końca radziłam. Płakałam ze szczęścia, ze wzruszenia, z miłości. Patrzyłam na swoje dziecko i nie mogłam się nacieszyć. Mimo iż skrupulatnie przygotowywałam się do tego przez cała ciążę, córcia wywróciła mi życie do góry nogami.

Nagle wszystkie moje obawy i wątpliwości odeszły daleko w niepamięć. We wpisie o pobycie w szpitalu >TUTAJ< pisałam o czarnych myślach, które mnie wtedy dręczyły. Że nie jestem gotowa na dziecko, że nie wyobrażam sobie by nasza dwójka, zamieniła się w trójkę, że nasz związek na tym ucierpi, że wszystko się zmieni, a ja tej zmiany się obawiam. Potem urodziłam, i teraz wiem że moje życie stało się kompletne, a ja jestem szczęśliwa i spełniona. A my staliśmy się rodziną. Nie po prostu parą, a rodziną. Wiecie jakie to niesamowite?
Pisałam kiedyś też o tym, że marzył mi się synek >TUTAJ<. Teraz patrzę na swoją córeczkę i nie wyobrażam sobie jak kiedykolwiek mogłam pomyśleć chociaż o chłopcu. Przecież dziewczynki są najlepsze ;) Zaczęłam dostrzegać plusy, całe mnóstwo plusów tego, że mamy to szczęście, być rodzicami dziewczynki. Nie wyobrażam sobie nikogo na jej miejscu, żaden syn nie byłby tak dobry.

Co więcej, powiem wam, że ten instynkt macierzyński chyba na prawdę istnieje. Nie wiem skąd wiedziałam jak się ją zająć, ale mi się udało. I dalej mi się udaje. Jakimś sposobem, wiem co mam robić, jak ją uspokoić i jak się zająć. Skądś czerpię pokłady cierpliwości by mówić do niej spokojnie i z uśmiechem niezależnie od tego co się dzieje. Wiem, że to dopiero początek, że jeszcze wszystko przede mną. Ale na chwilę obecną odnajduję się w roli mamy. I czuję się z tym fantastycznie. A te chwile, gdy Julka zaczyna płakać, ale uspokaja się gdy tylko mnie zobaczy, gdy wystarczy tylko położyć się obok niej, by już wszystko było dobrze, są niesamowite.

Wiem, że czeka mnie zupełni inne, nowe życie i dużo pracy. Wiem, że będą chwile te lepsze i te gorsze. Na razie jestem trochę oderwana od rzeczywistości, 'pijana' bezgranicznym szczęściem i miłością, której się nie spodziewałam. Emocji wciąż jest wiele. Minęły ponad 2 tygodnie, jak Julka jest z nami. Wszyscy szaleją na jej punkcie, dziadkowie, pradziadkowie, ale chyba jednak najbardziej my. Na to nikt mnie nie przygotował :)

Mam nadzieję, że wybaczycie mi przesłodzony charakter dzisiejszego wpisu i zrzucicie to na hormony poporodowe, jednak myślę, że każda matka dobrze rozumie stan, w jakim obecnie jestem :) 

Poród [CZĘŚĆ TRZECIA]

No i w końcu udało nam się dotrzeć do trzeciej części wpisu, z porodem właściwym już. Tych, którzy nie czytali poprzednich części, serdecznie zachęcam do zapoznania się z nimi tutaj:
A wszystkich tych, którzy oczekują złagodzonej wersji tego, co się działo, muszę niestety wyprosić. Zamierzam opisać wszystko bezceremonialnie tak, jak było. A więc zapraszam na relację, jak zakończyła się ta historia.

Komplikacje
Akcja porodowa przez noc nie wznowiła się, a ja czekałam na obchód na oddziale patologii ciąży. Najpierw, standardowo, podłączyli mnie pod zapis KTG, tak samo jak moje nowe sąsiadki z sali. Po jakiś 20 minutach przyszła do mnie studentka z informacją, że przerywamy zapis i natychmiast mam się udać do gabinetu zabiegowego, bo pan ordynator chce mnie zbadać teraz, jeszcze przed porannym obchodem. Spokojnie udałam się więc na badanie, zadowolona że nie kazali mi czekać do południa. Okazało się jednak, że to nagłe wezwanie miało miejsce nie bez przyczyny: dziecko ma spadki tętna. Po raz kolejny napędzili mi porządnego stracha. Padły takie słowa jak "niedotlenienie" i "uszkodzenie mózgu". Okazało się, że wczorajsze rozwarcie mi się cofnęło i zamiast 3 luźnych palców mam ledwie 2cm. Tak czy inaczej, nie było już na co czekać, kazali mi natychmiast się spakować i jechać na salę przedporodową. Byłam wściekła, zamiast wczoraj wywołać poród, kiedy miałam rozwarcie i skurcze, a z dzieckiem wszystko było dobrze, to nikomu się nie chciało. Lekarz wolał poczekać do jutra, skoro serce dziecka pracuje dobrze... Szkoda, że następnego dnia rano już tak nie było... Czy na prawdę trzeba czekać, aż coś będzie źle, żeby zacząć działać? Powtarzali, że natychmiast trzeba się tym zająć, ponieważ jest zagrożenie dla życia i zdrowia mojej córci, a jak nie zacznę szybko rodzić, trzeba będzie ciąć... Byłam przerażona i załamana. Po wczorajszych skurczach mniej więcej wiedziałam jakiego rodzaju bólu mam się spodziewać i bałam się, że i tak skończy się cesarskim cięciem, a tego chciałam uniknąć. A przede wszystkim bałam się, czy z małą wszystko będzie w porządku. Spanikowana w pośpiechu się spakowałam i udałam na salę przedporodową.

Oksytocyna
Godzina 9 rano. Na sali było kilka łóżek oddzielonych od siebie parawanami. Podłączono mnie pod stały zapis KTG, by nieustannie monitorować stan dziecka i dostałam kroplówkę z oksytocyną. I tak sobie leżałam i czekałam, aż coś zacznie się dziać. O godzinie 11.20 przyszedł do mnie lekarz przebić mi pęcherz płodowy i dopiero po tym zaczęły się pojawiać pierwsze nieregularne skurcze. Zaczęłam więc poganiać mojego K., żeby przyjechał zanim wezmą mnie na porodówkę. Nie minęła godzina, a już męczyły mnie skurcze z krzyża, takie same jak poprzedniego dnia, a przy każdym kolejnym rosły w siłę. Około godziny 13 ból był już trudny do zniesienia. Sprawy nie ułatwiało to, że nie mogłam nawet wstać. Ze względu na to, że skurcze pisały się już silne i regularne, lekarz przyszedł sprawdzić rozwarcie... ale rozwarcia brak. Dostałam więc czopki na rozluźnienie szyjki macicy, a bardzo miła położna zlitowała się nade mną i ustawiła łóżko w pozycji siedzącej, by łatwiej było mi znosić ból. A ból był koszmarny. Podobno skurcze wywołane sztuczną oksytocyną, są dużo bardziej bolesne, od tych przy naturalnie wydzielanym hormonie. Nie wiem ile w tym jest prawdy, nie mam porównania i myślę, że tutaj nie ma też reguły, w końcu każdy poród jest inny. Prawdą, jednak jest, że sztuczna oksytocyna blokuje wydzielanie endorfin, które są naszymi naturalnymi "znieczulaczami", a także przez to, że w kroplówce jej 'dostawy' są ciągłe, to skurcze są silniejsze, a między nimi mamy krótsze przerwy na odpoczynek. Tak czy inaczej ból był koszmarny. Na skurczu zagryzałam poduszkę i tłumiłam piszczenie, no myślałam, że lada moment zwariuje. W dodatku byłam sama, nikt przy mnie nie był i być nie mógł (na salę przedporodową nikomu wchodzić nie wolno), nikt nie zaglądał, nie wiedziałam jak oddychać, ani ulżyć sobie w bólu. Wtedy pojawiły się pierwsze myśli, że nie dam rady, że chcę by to już się skończyło, by ją ze mnie wyciągnęli, albo mnie zabili.
W dodatku podeszła do mnie jakaś inna położna i bardzo oburzonym tonem kazała mi się uciszyć, bo jeszcze jej przestraszę inne pacjentki. Nosz cholera jasna! Bo ja leżę i się opalam, a te stęki i jęki to są z nudów przecież... Pewnie, że mogę się uciszyć, bo to kwestia jedynie mojej dobrej woli, wcześniej miałam po prostu ochotę sobie popiszczeć...
Około godziny 14 przyszła do mnie położna, ta sama która zmieniła mi ustawienie łóżka (co mi niesamowicie pomogło w walce z bólem) i poinformowała, że zaraz przenoszę się na salę porodową i jak chcę osobę towarzyszącą, to mogę ją popędzić, żeby już kierowała się do szpitala. I (na szczęście) to właśnie ta położna miała mi towarzyszyć przy porodzie.

Poród
 0 14.15 przenieśli mnie na porodówkę, a jakieś 15 minut później dotarł K. Rozwarcie miałam dopiero na 3cm (na 10) ku mojej rozpaczy i bałam się, że będzie to trwać wieki. Tam tez podłączyli mi KTG, tylko teraz bez kabli, więc mogłam się ruszać, na szczęście. Położna pokazała mi w jakiej pozycji ustawiać się na skurczu, by było lepiej i faktycznie, mimo koszmarnego bólu, czułam ulgę. Potem razem ze studentką, na której obecność się zgodziłam, wypełniłam plan porodu. O nacięciu niewiele wiedziałam, więc ciężko mi było się odnieść do tego punktu, na szczęście moja położna zadbała o ochronę krocza. W moim pierwotnym planie chciałam spróbować urodzić bez znieczulenia, jednak gdy wyłam przy bólach, które promieniowały mi od krzyża, aż przez biodra, miednicę i całe nogi, przez kolana i piszczele bez zastanowienia wpisałam, że chcę znieczulenie zewnątrzoponowe. 
Położna załatwiła mi jedyną w całym szpitalu salę porodową z wanną i zdecydowałyśmy z niej skorzystać. Dostałam kolejną kroplówkę (oczywiście cały czas mi podawano oksytocynę), która trzeba było podać przed znieczuleniem, jednak położna uparła się byśmy spróbowały bez znieczulenia. Weszłam do wanny z gorącą wodą, K. usiadł obok mnie na fotelu, a położna na brzegu wanny. I powiem wam, że gdyby nie ona to chyba nie dałabym rady. No po prostu cudowna kobieta, dzięki której przetrwałam i w końcu urodziłam! No pomnik bym jej postawiła! Ale do rzeczy. Przy każdym skurczu mnie uspokajała, pozwalała wbijać paznokcie w swoją rękę (chociaż pod tym względem bardziej się oberwało studentce, a K. został za to ugryziony :P ) i powtarzała "to tylko jeden skurcz, tylko ten jeden, ten jeden wytrzymasz". Nie myślałam już o kolejnych, które mnie czekają, tylko zgodnie z tym co mówiła skupiałam się na tym, by wytrzymać przy tym jednym jedynym skurczu, a potem przerwa. Pokazała mi jak oddychać i pomagała za każdym razem gdy o tym oddychaniu zapominałam. Pomiędzy skurczami podawała mi wody i bez przerwy zabawiała opowieściami i historiami, nawet kilkakrotnie udało jej się mnie rozbawić, mimo iż przerwy między skurczami były coraz krótsze i co chwila przerywały jej opowieści. Powtarzała ciągle, że muszę urodzić do godziny 19, bo wtedy kończy dyżur, a ja bez niej chyba nie urodzę. Była tak cudowna, że bardziej skupiałam się na tym, żeby oddychać i nie krzyczeć niż na samym bólu, bo aż było mi głupio, że ona mi tak pomaga, a ja krzyczę. Jednak ból był coraz gorszy. Najgorszy w całym moim życiu. Do tego stopnia, że po każdym skurczu zaczęłam wymiotować, a w trakcie się drzeć, mimo wszelkich starań i mojej i położnej. Okazało się, że rozwarcie mam już na 8-9cm i mogę się przenosić na fotel/łóżko porodowe. 
Krzyczałam. Że mają mi natychmiast podać znieczulenie, że umrę i nie urodzę. Wstałam z wanny, polała się krew, a ja klęczałam na podłodze. W końcu udało mi się dotrzeć na łóżko. Najpierw wypróbowałam pozycję na klęczkach, trzymając się oparcia. I darłam się, że znieczulenie, że mają ją ze mnie wyciągnąć, że nie chcę już żyć. Powiedzieli, że na znieczulenie już za późno, że widać już główkę i mała ma włoski. W tym momencie wyrzuciłam K. z sali (o tym opowiem innym razem), doprosiłam się znieczulenia w formie gazu i zdecydowałam o zmianie pozycji. Ostatecznie rodziłam leżąc na boku, z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Jeśli chodzi o gaz, to druga rzecz, zaraz za położną, dzięki której udało mi się urodzić. Skurcze parte nie były już takie złe ani straszne, jak te z krzyża. Nie wiem czy to zasługa tego gazu czy nie, ale ta ostatnia część była mniej bolesna i trwała chwilę. Między skurczami na okrągło dziękowałam położnej i studentce za gaz (jeszcze raz podkreślę, jak bardzo ocalił mój poród), parcie przyszło mi bez większego problemu, z łatwością współpracowałam (a słyszałam, że po gazie ciężko współpracować z położną) i ani się obejrzałam, a miałam to za sobą i usłyszałam pierwszy płacz.

....
Urodziłam o 16.13. Położna żartowała, że miałam takie tempo, że do godziny 19 zdążyłabym urodzić dwa razy. Dwa dni się zbierałam do tego rodzenia, ale jak przyszło co do czego, to niecałe dwie godziny godziny po przybyciu na porodówkę, tuliłam już córcię. Ze względu na spadki tętna, monitorowano jej pracę serca aż do ostatniego parcia. Urodziła się zdrowa, dostała 10/10 w skali Apgar i nie kwalifikowała się do hipotrofii. Położyli mi ją na brzuchu, a ja nie wierzyłam. Nie mogłam uwierzyć w to, że właśnie ją urodziłam. To wszystko wydawało mi się takie nierealne. Ale przede wszystkim cieszyłam się, że miałam to już za sobą. Sam poród był krótki, ale niesamowicie bolesny i wbrew temu co mówią, wciąz o tym bólu nie zapomniałam. 
Za pomocą ostatniej dawki oksytocyny urodziłam też łożysko, a gdy już się go pozbyli, K. wrócił na salę zobaczyć naszą córeczkę. Niestety w miedzy czasie założono mi dwa szwy (udało się bez nacięcia, jednak odrobinkę pękłam), a ci co twierdzą, że kobieta w trakcie szycia nie czuje bólu, bo jest zbyt szczęśliwa z powodu dziecka, mylą się. Znieczulenie miejscowe było niedokładne i tak wzdrygałam się z bólu, że bałam się, że młoda mi spadnie na podłogę.
Spędziliśmy we trójkę ponad dwie godziny, na karmieniu, tuleniu i wpatrywaniu się w naszą córeczkę. K. informował bliskich, że już po wszystkim, a ja leżałam zmęczona, z Julką przy piersi. Ta błogość "PO" jest niesamowita, a kobieta czuje się niezwykle silna, ze świadomością, że wydała na świat nowego człowieka. Ale porodu nie chciałabym przeżywać jeszcze raz. Oczywiście, nie można mówić nigdy, ale na chwilę obecną nie rozumiem jak ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zdecydowałby się na to po raz drugi.

I tak oto, po ponad tygodniu leżenia w szpitalu, po dwóch dniach wywoływania porodu i wszelkich komplikacjach pojawiła się na świecie nasza córka. Okazała się być okazem zdrowia, na szczęście, mimo wszystkiego czym cały czas nas straszyli lekarze. Udało mi się urodzić, w dodatku naturalnie i bez znieczulenia i co więcej, mam to wszystko już za sobą! Teraz pozostaje jedynie cieszyć się macierzyństwem :)

A jak wy wspominacie swoje porody? Opowiedzcie mi w komentarzach :)

Podobał ci się ten wpis? Zapraszam do śledzenia nas na FB :)

Recent Posts